• Blog

    PANDEMIA – NIE PANDEMIA

    Kiedy w marcu 2020 roku dzieci nie poszły do szkół, tylko rozpoczęły tzw. zdalne nauczanie, wszyscy wiedzieliśmy, że nie jest wesoło. Obowiązkowe maseczki, rękawiczki, mycie rak i dezynfekowanie specjalnymi płynami sprawiły, że sporo z nas popadło w skrajność Jedni myli wszystko, co kupili, inni nawet opakowania przecierali spirytusem. Ludzie przestali się odwiedzać. Czarna wizja totalnej zagłady przysłoniła patrzenie na świt. Oczywiście, byli i tacy, którzy uważali że pandemii nie ma i wygłaszali teorie, jakoby ludzie dali się zmanipulować. Ale kiedy w szpitalach zaczęło brakować miejsc dla chorych, niejeden antycovidowiec spokorniał zwłaszcza, kiedy sam lub ktoś z jego otoczenia, zachorował.

    Półtora roku potem, w czasie, kiedy wirus nadal sieje spustoszenie, zmęczeni siedzeniem w domach ludzie wyszli na ulice. Więcej! Postanowili wyjeżdżać na letni odpoczynek. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak czy to we własnym, czy w wynajętym pokoju, rodziny mogą sobie miło spędzać urlopowy czas. Problem leży gdzie indziej. Otóż na plaży, w piękny, słoneczny dzień, ludzie bez maseczek leżą jak śledzie w puszce, przytuleni do siebie, bo ciasno. Czyżby pandemia się już skończyła? No… nie wiem. Co chwilę słyszę, że nowy wariant rozprzestrzenia się łatwiej niż podstawowy, a szczepienia, którym się licznie poddaliśmy, nie chronią przed nim.

    No to już sama nie wiem: są rejony wolne od covidu, jak np. plaże, czy nie ma?

  • Blog

    PRZERWA

    Co to jest przerwa? No… każdy wie. Dla ucznia – upragniony odpoczynek między lekcjami. Dla urzędników – czas na kawę. Dla objadających się – chwila bez jedzenia, a dla niektórych – szpara między górnymi jedynkami. Nie ma co tłumaczyć dalej. Płaszczyzn związanych z PRZERWĄ jest sporo, ale wiemy, w czym rzecz.

    Mi zdarzyła się przerwa w pisaniu. Cóż… wakacje. Wyjazd, odpoczynek, remont, dodatkowa praca czyli tzw. „fucha”, spacery, praca na działce. Efekt? No właśnie –  przerwa.

    Może nie będę oryginalna, jednak napiszę, że bardzo brakowało mi pisania. Serio. Mogę zatem zaryzykować, że przerwa pokazała, jak bardzo poważnie traktuję swoje przelewanie na papier (przepraszam, na komputer) myśli i refleksji. Czy ich nie było? Ależ skąd. Gromadziły się w mojej głowie i układały w odpowiednich szufladkach. A jakich?

    Zachowanie ludzi na plaży. Jak oszukać klienta. Opóźnienie pociągu. Sposób na wypoczynek Polityka i ekonomia. Wreszcie – turystyka w czasie pandemii.

    Ale o szczegółach, to już w następnym wpisie:)

  • Bez kategorii

    KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE

    Idąc ostatnio ulicą mojego miasteczka, zobaczyłam dziwny widok: w popularnej pizzerii, przy stoliku wystawionym na zewnątrz, w miłej scenerii parasoli i licznych kwiatów, siedziało trzech dorosłych mężczyzn, a każdy trzymał w rękach komórkę i „dłubał” w niej. W ogóle nie patrzyli na siebie i nie rozmawiali. Przed nimi stały trzy kufle piwa, a oni, jakby nie przejmując się sobą nawzajem, patrzyli we własne ekrany. Przyszło mi na myśl pytanie: po co się umówili razem, przecież każdy z osobna mógł przyjść do lokalu?

    Bardzo mi przykro widząc takie obrazy, podobnie jak zasmuca mnie widok dzieci w pociągach czy na ławkach pod blokiem, które nie rozmawiają z koleżankami i kolegami, tylko gapią się w swoje telefony.

    Wiem… świat internetu jest ciekawy, wciąga, zajmuje umysły. Ale czy nie sprawił już, że ludzie przestali potrzebować drugiego człowieka? Czy rozmowa, główne narzędzie komunikacji, nie jest już nikomu potrzebna?

    Ja gadam ile mogę, z kim mogę, o czym mogę. Bardzo potrzebuję znajomych i nieznajomych. Ostatnio, jadąc pociągiem, odbyłam bardzo miłą pogawędkę z obca kobietą. Pewnie nie będę tego pamiętała do końca życia, nie będę tej podróży wspominała jakoś wyjątkowo, ale było miło, sympatycznie i nawzajem mogłyśmy sobie umilić czas.

    Stare porzekadło „każdy sobie rzepkę skrobie” ma nową odsłonę. Przykre to, bardzo przykre…

  • Bez kategorii

    OBŁUDA

    Może każdy inaczej rozumie to słowo, które trąci czymś niefajnym, ale jakkolwiek byśmy nie tłumaczyli, to obłuda jest ohydna. I cześć.

    Kiedy szef próbuje w białych rękawiczkach pozbyć się pracownika, tłumacząc, że jest redukcja etatów, a za miesiąc przyjmuje kogoś innego, to jest obłudny. Zamiast wezwać delikwenta i powiedzieć wprost: nie jestem zadowolony z pana pracy, daję miesiąc, żeby pan się poprawił a jak nie, to będziemy musieli się rozstać, woli udawać, że niby jest OK tylko takie okoliczności od niego niezależne zaistniały… Albo zamiast odważnie przekazać: muszę zatrudnić żony bratanka i potrzebuję zwolnić miejsce, to gra dobrego. Wiem, głupie to i trudne. Ale nie głupie i nie trudne jest kłamać i być obłudnym?

    Mam lekką obsesję na temat szczerości. Dziecięcej, prostej szczerości. Wracam w swoich rozmyślaniach do niej i choć  wiem, że przez nią straciłam kontakt z kilkoma osobami, to trudno. Czy dla pozornie poprawnych stosunków warto by było żyć w obłudzie? Ja nie chcę. Mogę czegoś nie powiedzieć, ale kłamać i przymilać się –  nie będę.

    Niedawno uczestniczyłam w dziwnej sytuacji. Koleżanka w pracy czuła się pewnie. Nie chodziła co chwilę pytać szefa, czy przedłuży jej umowę bo myślała, że skoro on nie sugeruje iż umowy nie przedłuży, to po co zawracać mu głowę? Jakież było jej  zdziwienie, kiedy ode mnie dowiedziała się, że nie pracuje od nowego roku. Wszyscy wiedzieli, tylko nie zainteresowana. Poczułam się okropnie, ale byłam pewna, że to ona zrezygnowała sama, bo tak zostało to wszystkim przedstawione. Poszła szybko sprawę wyjaśniać i usłyszała, że… skoro nie złożyła podania, to pracę dostał ktoś inny. A podania nie złożyła, bo już na poprzednie została przyjęta na czas określony i czasem ustnie dopytywała, czy może liczyć na kontynuację dając jasny sygnał, że jest zainteresowana dalszą współpracą i    umową na stałe.

    Cały paradoks i niesmak zarazem, tej sprawy, polega na tym, że koleżanka jest niepełnosprawna ruchowo. Szukanie nowej pracy w jej stanie, to niemały problem. Ale cóż… Grunt to dobre samopoczucie obłudnego szefa, który zatrudnił nieradzącą sobie na tym stanowisku swoją znajomą.

  • Blog

    CZY ZBIERASZ WSPOMINENIA?

    Słyszałam kiedyś takie zdanie, że są ludzie, krórzy zbierają znaczki, inni pieniadze, a jeszcze inni zbierają… wspomnienia. Piękne. A ty, zbierasz wsponienia?

    Ja zbieram. Mam ich bardzo wiele. Okazała kolekcja zaczynająca się od lat najmłodszych. Od przedszkola. Np. takie, jak chowam sie w sali do leżakowania (którego nienawidziłam), by uniknąć zjedzenia kopytek, (których też nienawidziłam i rosły mi w poliku jak gąbka chłonąca wodę), a tu pani Stasia, której też… nielubiłam, przychodzi po mnie, sprowadza na dół do jadalni i każe dokończyć jeść. Oczywiście były już zimne. Albo jak jestem w przedstawieniu sroką, mam piekny strój i biegam dookoła choinki machając rekami – niby skrzydłami, mówiac swą kwestię: „jestem sroka – bystrooka”

    Mam też te póżniejsze wspomnienia, z młodszych lat szkolnych, jak np, to, gdy odbijam wskazujacy palec w poduszeczce nasączonej zielonym tuszem, w dzień ślubowania, zamiast składania podpisu poświadczającego odebranie legitymacji szkolnej. I kiedy potem ustawiam się do zdjecia, które oczywiście mam do dziś, prezentując się pięknie w stroju biało – granatowym i wielkiej kokardzie w czerwone groszki zawiązanej pod szyją, którą również przechowuję do dziś, na pamiątkę. Mam też całkiem sporą kolekcję wspomień z późniejszych czasów szkolnych. Np. takie, jak w 5  czy 6 klasie nauczycielka geografii wbija kciuk w obojczyk kolegi, który gadał i niesłuchał jej wykładu o obszarach, na których w Polsce występują surowce naturalne. Oczywiście kolega zwijał sie z bólu, a pani, zwolniwszy jedynie tempo wypowiedzi, opowiadała dalej, nie przeszkadzajac sobie. Albo jak bije mi serce z nerwów o to, czy będę pytana przy tablicy, na środku sali, kiedy 34 pary oczu koleżanek i kolegów zwrócone będą w moją stronę. Pamietam też dobrze przerwy, podczas których zdarzało  mi się kończyć zaczęte w domu zadania domowe. Też nerwy i kołatanie serca…

    Fajną szufladką, w któtórej przechowuję inne wspomnienia, są zabawy pod blokiem. Na przykład takie, które oparte były na siedzeniu zimą w igloo wybudowanym przez kolegów z mojego bloku lub latem w domkach z kartonów przyniesionych przez nich z pobliskiego Domu Towarowego, a pochodzących z rozładunku lodówek czy kuchenek gazowych. Takie siedzenie, niczym w czołgu, połączone z jedzeniem landrynek, krórymi nawzajem się częstowaliśmy, połączyło nas na dobre i choć każdy poszedł potemm w swoją stronę, do dziś, spotykając się na ulicy, mówimy sobie „część”, a na pogrzebach trójki, przedwcześnie zmarłych, całą resztą spotykaliśmy się w komplecie.

    A inna szufladka z mojej kolekcji? Weźmy na przykład porody. Mam ich wszak trzy poza sobą, nie licząc rodzenia kamieni nerkowych, o których mogłabym zrobić osobny wpis, ale podaruję sobie.  I wam, przede wszystkim!

    Wracając do momentu pojawiania się na świecie moich dzieci, również zaoszczędzę wszystkim szczegółów pisząc jedynie, że choć pierwszy miał miejsce 30 lat temu, to z dokładnością co do minuty mogę odtworzyć wszystko, co się działo odkąd poczułam, że „zaczyna się”. Podobnie z drugim i trzecim. Piękne chwile…

    Na moich ścianach wiszą liczne fotografie będace namacalnym znakiem moich wspomnień. Podobnie jak zdjęcia umieszczone w licznych albumach, rzecz jasna również poukładane chronologicznie. Tysiące zdjeć, a każde niesie za sobą wspomnienia…

    Jaka ja jestem bogata. Takiej kolekcji nie mają najwięksi zbieracze znaczków czy pieniędzy. Chciałabym zachować jak najdłużej dobrą pamięć i móc do końca swych dni korzystać ze zbiorów gromadzonych latami.

  • Blog

    NIESPRAWIEDLIWOŚĆ

    Czym dla ucznia jest niesprawiedliwość? A no między innymi tym, że kiedy 15-letnia uczennica VIII klasy pomaluje sobie paznokcie, to dostaje uwagę wpisywaną ręką nauczycielki z pomarańczowymi szponami, którymi może zadrapać kogokolwiek. Albo gdy nastolatka zakłada modny, któtki t-shert, który wcale pępka nie odkrywa, ale tworzy jedną linię z paskiem od spodni, a nauczycielka prowadząca lekcję ma na sobie bluzkę z opadniętym ramieniem i widać jej ramiączko biustonosza. Wymieniać dalej? Nie zamierzam. Mam w uszach powiedzenie, które znam od najmłodszych lat: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie.

    No i mamy XXI wiek. Chcemy być postępowi – jesteśmy postępowi, ale czy dorośli  DO ROŚ LI? Bo wydaje się, że wciąż próbują dowartościowywać się, poniżając młodszych i słabszych.

    Kiedy ja chodziłam do szkoły podstawowej, szacunek do nauczyciela był czymś narzuconym. Jako dorosła kobieta usłyszałam zdanie wypowiedziane przez mądrego, młodego człowieka, że nawet na szacunek dziecka, matka musi sobie zapracować. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Negatywne oczywiście. Ale z czasem zrozumiałam, że chodziło o to, że nic nie dostaje się awansem. Nawet fakt urodzenia dziecka nie upoważnia matki, by była szanowana. Zawsze może usłyszeć ” ja się na świat nie pchałam/em”. I choć to zapewne bolesne słowa, to warto mieć świadomość, że jeśli dziecka nie traktujemy poważnie od najmłodszych lat, to nie będziemy szanowani. Tak jak nauczycielka z pomarańczowymi szponami wpisująca uwagę uczennicy, która też chce ładnie wyglądać.

  • Blog

    KTO JEST BEZ WINY?

    W Nowym Testamencie Pisma Świętego możemy przeczytać fragment, który opowiada o tym, jak to do Jezusa przyprowadzono kobietę cudzołożną licząc, że ją potępi i zaleci ukamieniowanie. Ku zdziwieniu wszystkich, nie tylko tego nie zrobił, ale „dokopał” pseudoświętoszkom mówiąc: „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.

    Ponieważ tkwię w szkolnej rzeczywistości, przysłuchuję się opowieściom nauczycieli o tym, jak to uczniowie przesadzają. A to któryś otworzył sobie piórnik i miał tam wzory, to odwracał się do kolegi lub ściagał z higienicznej chusteczki…

    Wielkie mi hallo! Momentalnie przypominam sobie ów fragment z Pisma Świętego i zastanawiam się, czy aby ci nauczyciele, którzy teraz są zbulwersowani, za młodu byli idealni i nigdy nie ściągali? Nie wierzę.

    Kiedy zdawałam maturę, rodzice opłacili studentkę matematyki, która w domu mieszkającej najbliżej szkoły koleżanki rozwiązywała zadania i potem, w kanapkach, również przez rodziców, zostały uroczyście wniesione ściągi z rozwiązaniem. Ta studentka została oczywiście nauczycielką i tak sobie myślę, czy pamięta co zrobiła dla paru złotych lat temu… kilkadziesiąt.

    Jednym słowem wstyd. Każdy kiedyś skorzystał z podpowiedzi kolegów, napisał sobie wzór czy trudne słówko z angielskiego na ręce, zrobił ściągę. Dobra. Może nie każdy, bo zdolni i uczciwi się zdarzają, ale gwarantuję, rzadko. W luźnych rozmowach nauczyciele sami zdradzają: co i jak robili w szkole, kiedy byli uczniami. I jakoś punkt widzenia zmienił się razem ze zmianą punktu siedzenia.

    A ja… nie, żebym broniła ściągania i oszukiwania, ale patrzę z wyrozumiałością przypominając sobie swoje szkolne lata. Może powinni odebrać mi maturę? Wszak jedno z zadań znajdujących się na ściądze z kanapki, przepisałam.

    „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.

  • Blog

    JANA

    Była małą dziewczynką, ale życie zdążyło ją zaskoczyć wielkimi wyzwaniami. W bardzo młodym wieku musiała nauczyć się, że najlepiej jest liczyć na siebie i dbać o swoje sprawy, nie oczekując, że może ktoś to zrobi.

    Jana miała rodziców, jednak oni jakby zapomnieli, że mają ją. Oddani swoim nałogom pozostawili dziewczynkę na pastwę losu. Na szczęście mała miała twardy charakter i nie poddawała się, nie rozczulała nad sobą, nie okazywała żalu o nic – do nikogo. Już jako kilkulatka potrafiła zrobić sobie kanapkę, kiedy była głodna. Bawiła się tym, co było pod ręką. Śpiewała piosenki słyszane w radio, a kiedy w domu były imprezy, sama kładała się pod kołdrę i szybko zasypiała.

    Z czasem, kiedy w domu pojawiły się młodsze siostry, Jana robiąc sobie kanapki przygotowywała ich więcej, a gdy miła 7 lat wstawała rano, by przed lekcjami pójść po chleb do najbliższego sklepu. Obiad, który dostawała w szkole, zjadała tylko częściowo, zabierając resztę do domu. Twarda sztuka.

    Kiedy wraz z siostrami trafiła w końcu do Domu Dziecka, rano zakradała się do kuchni po chleb dla siebie i dla rodzeństwa. Z czasem nauczyła się, że nie musi tego robić, bo jedzenia wystarczy dla wszystkich, a wychowawcy zadbają, by nikt nikomu porcji nie odebrał.

    Gdyby nie nauka, możnaby powiedzieć, że Jana z wszystkim sobie radziła. Niestety… tabliczka mnożenia nie wchodziła dziewczynce do głowy, a deklinacja rzeczowników byłą „czarną magią”. Skupienie na twarzy, wysiłek intelektualny, czas poświęcony na naukę – to wszystko było, ale efektów żadnych.

    Nauczyciele, wiadomo, jak wszyscy ludzie, dzielą się na tych, którzy potrafią się wczuć w rolę innych lub nie i myślą, że ma być tak, jak oni powiedzą. Jana miała trochę szcześcia, bo w większości nauczyciele rozumieli jej trudną sytuację i przymykali trochę oko na niedociagnięcia, ale zdarzali się i tacy, którzy oczekiwali samodzielności i dobrych ocen. A tych nie było za co dawać.

    Kiedy mama Jany dzwoniła, że MOŻE odwiedzi córki, Jana zaraz po powrocie ze szkoły siadała z noskiem przyklejonym do okna i wypatrywała, czy jej nie widać. Bywało, że nie przyjeżdżała. Innym razem wpadała po 19.00, kiedy dzieci miały już iść się myć, więc wizyta w Domu Dziecka trwała 15 minut. Tak spędzone przez dziweczynkę popołudnie owocowało brakiem odrobionych zadań, no ale jak można siedząc z noskiem przy szybie równocześnie zasiąść przy biurki i pisać wypracowanie lub dodawać ułamki?

    Jana nie rosła tak, jak rówieśnicy. Była niziutka, drobniutka i tylko okulary, które nosiła, dodawały jej powagi.

    O takich dzieciach, jak Jana, mówi się „stara  – malutka”. Czy powieli los rodziców i założy podobną rodzinę? A może wyciągając wnioski, będzie przykłądną żoną i matką? To się okaże z czasem, bo scenariusze mogą być różne. Na pewno dotychczasowie życie Jany zasługuje na dobry scenariusz na film o dzielnej, silnej, małej dziewczynce.

  • Blog

    NIESTOSOWNE PYTANIA

    Byłam w życiu świadkiem zadawania wielu tzw. „niestotownych pytań”. Zazwyczaj ich autorami były dzieci. Ta niestosowność wynikała ze szczerosci, no bo kiedy dziewczynka pyta mamę o to, dlaczego pani stojąca w kolejce jest taka gruba, albo ile zarabia fryzjerka? Czy też  pytanie sugeruje, że ktoś niedługo umrze bo jest stary, to dorośli czują skrępowanie.

    Moja mama przeżyła kiedyś taki stan przeze mnie. Myślę, że niejeden, zresztą, raz. Pamiętam, jak byłam z nią u krawcowej, która w domu szyła znajomym. W ciasnej kuchni małego mieszkanka w bloku, gdzie miała swój kącik z maszyną, była inna klientka, która gdy my przyszłyśmy z mamą na umówioną godzinę, kończyła przymierzanie. Stała pokornie jak słup soli w czymś obcisłym, świecącym i mocno zielonym, znosząc poprawki, jakie na niej nanosiła krawcowa.  Była, rzekłabym, obfitych kształtów i ciasno oblegający ją materiał podkreślał każdą fałdę tłuszczu oraz wypływający biust. Miałam może 10, może 12 lat. Chciałam przerwać nezręczną ciszę panująca w kuchni krawcowej, więc wypaliłam:

    – skoro taka ładna halka, to już sobie wyobrażam jaka sukienka będzie piękna!

    Cisza trwała nadal, a wzrok krawcowej spotkał się ze wzrokiem mojej mamy, która zaraz groźnie spojrzała na mnie.

    Nie rozumiałam o co chodzi. Pani stojąca w „halce”, ze stoickim spokojem odpowiedziła, że to jest właśnie sukienka na wesele siostry, u której będzie druhną. Upssss

    Zrozumiałam gafę, jaką popełniłam. Zaczęłam cos mamrotoać, że bardzo ładna i w ogóle, ale mleko już się rozlało. Mama długo potem tłumaczyła mi , żebym nie odzywała się niepotrzebnie. A ja tylko chciałam być miła…

    Dzieci nie są, jak dorośli, złośliwe. Ich szczerosć wypływa z dzieciecego spostrzegania świata. Patrzą szeroko otwartymi oczami, a to co widzą  – opisują. Że ktoś jest bardzo gruby, że robi źle, ma dziurę, śmieszny kolor włosów, srogą minę, ale też to, że ktoś inny ma pięknego psa, ładną torebkę, piękną fryzuję i cudnie pomalowane paznokcie. Po prostu. Wszyscy to widzimy, tylko nauczyliśmy się nie mówić. I jako dorośli często udajemy, że nie widzimy. Na przykład tego, że sąsiad chodzi pijany, albo że sąsiadka zawsze w siatce z zakupami ma kilka piw. Nie słyszymy, a raczej udajemy, że nie słyszymy, jak w mieszkaniu obok odbywają się awantury czy płaczą dzieci.  Myślimy:

    – po co się wtrącać?

    I choć w domowym zaciszu o grubej pani, łysym sąsiedzie czy piwie w siatce znajomej opowiadamy najbliższym, to dziecięcą szczerość spychamy na poziom pseudo – społecznych nietaktów. No bo jak to? Mielibyśmy powiedzieć głośno sąsiadowi, że martwi nas to, że tak bardzo krzyczy na swoje dzieci? Przecież wtrącanie się jest złe, a szczerość dziecięca się nie opłaca. Albo zadać sąsiadce pytanie, czy nie za dużo alkoholu kupuje ostatnio?

    Jestem przekonana, że panią w „zielonej halce” na weselu siostry obgadało wiele osób, śmiejąc się za plecami z jej tuszy. Ja swoim pytaniem o wałściwą sukienkę, czy raczej stwierdzeniem, które padło wtedy w ciasnej kuchni krawcowej, zasugerowałam, że nie wygląda dobrze. Ale cóż… skończyło się na reprymendzie, że tak zachowywać się  nie można.

    Trudne to wszystko, ale często myślę, że życie byłoby łatwiejsze, gdyby dorosłych czasami stać było na szczere pytania.

     

  • Blog

    KIEDY PRÓBUJESZ BYĆ PANEM BOGIEM

    Jest taka książka „Halo, pan Bóg? Tu Anna”. Rewelacja. Mała dziewczynka zaprzyjaźnia się z dziweiętnastolatkiem. Znalazł ją na ulicach przedwojennego Londynu i przyprowadził do domu. Anna uczyła go życia, a zadając pytania, szczególnie te dotyczące dobroci Pana Boga, otwierała chłopakowi oczy na świat. Tak, mała dziewczynka uczyła dziewiętnastolatka życia.

    Dziś często jest tak, że to starsi uczą czegoś młodszych. I dobrze, bo dzielenie się życiowym doświadczeniem jest słuszne, jednak nie zawsze dorośli są mądrzejsi, niestety. No i nie każde dziecko chce być uczone w sposób tradycyjny, czyli słuchając tego, co mówią inni. Są mali praktycy, którzy muszą włożyć palec w ognisko, by przekonać się i uwierzyć, że naprawdę w ten sposób można się oparzyć…

    Najgorsze jednak, kiedy dorośli śmieją się z porad słyszanych od dzieci. Lekceważą, żartują, zamiast brać sobie do serca szczere wyznania ukazujące inny aspekt patrzenia na to samo. No i te podsumowania w stylu:

    – co ty tam możesz wiedzieć?

    Oj… Kiedy ktoś wypowiada takie słowa, to tak jakby stawiał się w roli najmądrzejszego nauczyciela, który wszystko wie najlepiej lub samego Pana Boga, który mówi się, że zna nawet nasze myśli. Takie oceny krzywdzą, bardzo krzywdzą. Powątpiewanie, poniżanie, ujmowanie doświadczeniu życiowemu zdobytemu przez dziecko, jest niesprawiedliwością tego świata. A przecież dzieci widzą, czują, uczą się, wyciągają wnioski. No i, przede wszystkim, zanim zaczną „kombinować”, są szczere. Nieraz nawet zbyt szczere…

    Zaskakują mnie naiwne gierki dorosłych. Takie, kiedy poprzez wykorzystywanie przewagi wieku, wykształcenia czy pozyscji społecznej, prowadzą wszelkie rozmowy w kierunku swojego zwycięstwa. Najgorsze, co w życiu usłyszałam, to argument wychowawcy w Domu Dziecka wystrzelony jak kula armatnia w dyskusji z wychowanką:

    – oj Ania, Ania, ja mam magistra, a ty chodzisz do szkoły specjalnej.

    Ten wychowawca do dziś jest dla mnie małowartościowym kolegą. I choć ma dużo pieniędzy (porzucił pracę wychowawcy rozkręcając jakiś buizness), złe wrażenie, jakie pozostawił, trwa 25 lat. A owa Ania, dziś dorosła Pani Anna, mimo że ukończyła szkołę specjalną, rozsiewa zachwyt swą szczerością i dobrocią, z której jest znana.

    Nie warto próbować wchodzić w rolę Pana Boga i oceniać innych. Warto natomiast uczyć się życia od tych najmłodszych, którzy również znają życie.